główna
przeczytaj
e-mail
księga
linki

Archiwum:
2019:7 6 5 4 3 2 1 
2018:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2017:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2016:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2015:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2014:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2013:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2012:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2011:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2010:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2009:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2008:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2007:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2006:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2005:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2004:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 


Grób ojca

Dzisiaj będzie inaczej. Właśnie tak, chociaż od święta zmarłych (wiem, że oficjalna nazwa to Wszystkich Świętych, ale to bzdura i tyle) dzieli nas już miesiąc. A dlaczego? Otóż dlatego, że rozmawiałem z moją mamą. Właśnie o moim tacie. Znów dowiedziałem się od niej troszeczkę na temat ich tak zwanego pożycia intymnego, kiedy byli jeszcze małżeństwem. Ciekawe, bo dotąd nie miałem pojęcia, jak się do siebie miały w tej kwestii ich temperamenty. Okazało się, że mój tata miał naprawdę bardzo duży temperament i zawsze był gotowy. Za to moja mama - wprost przeciwnie. Kiedy on martwił się, że już nie jest w tym względzie sprawny i rozmawiając z nią martwił się, co ona teraz zrobi, dowiedział się, że ona jest z tego zadowolona. A teraz, kiedy jego już nie ma, jej wcale nie brakuje mężczyzny.

To taka dygresja a przy okazji zagadka: wdałem się w mamę, czy w tatę? Kto pomyśli - może zgadnie. Ale nie przewiduję nagród.

Wracając do tematu stwierdzam, że cmentarz jest dla mnie miejscem wstrętnym. Nigdy się go nie bałem, chociaż oczywiście jak każde dziecko słyszałem różne historie z nim związane. Kiedyś nie miałem jednak problemu, żeby tam pójść i odwiedzić bliskich, którzy odeszli, czyli tak naprawdę stanąć przed kilkoma grobami bliskich mi ludzi, pomyśleć o nich, przypomnieć sobie ich twarze i odejść, bo o spotkaniu z nimi w jakiej kolwiek formie tu, na tej ziemi - nigdy nie myślałem. Tak było do czasu, kiedy na cmentarzu pojawił się właśnie tytułowy grób ojca, którego istnienie przypłaciłem poważnym zachwianiem równowagi wewnętrznej, może nawet depresją (chociaż nigdy nie zdiagnozowaną, bo do lekarza, czyli psychologa czy psychiatry - iść nie chciałem). Teraz więc omijam właśnie ten cmentarz. Nawet jeśli słyszę od innych, że jak tak można, żeby syn nie przyszedł na grób ojca. Otóż można. Jemu i tak jest wszystko jedno a ja muszę i chcę żyć dalej. Nie tylko przeżyć, ale żyć.

Napisałem 1. grudnia 2004 o 13:46. Komentuj (1)

Zaciąć się

Właśnie napisałem komuś, że facet potrafi się "zaciąć". Znaczy to, że kiedyś starał się zrobić coś naprawdę ważnego, włożył w to całego siebie i... został niewłaściwie potraktowany. A potem już nigdy nie odważy się tego ani niczego podobnego powtórzyć.

Może jakiś przykład? Proszę bardzo. Byłem kiedyś (już bardzo dawno temu) na dyskotece. Nigdy nie byłem wspaniałym tancerzem, ale tego wieczoru naprawdę się starałem. Tymczasem z ust AW padło stwierdzenie, że źle tańczę. Pewnie każdy facet od razu wie, że więcej w życiu na taniec nie mam ochoty, a z nią w szczególności.

Inny przykład. Mój tata, już wspominany, kiedyś starał się wychować mnie i mojego brata. W związku z tym robił to, co uznawał w tej kwestii za słuszne. Niestety jakaś drobna rzecz (tak drobna, że nawet nie pamiętam jaka, chociaż wiem, że mama mi o tym mówiła) sprawiła, że usłyszał od mamy, że jak ma tak wychowywać dzieci, to niech tego nie robi. A teraz, kiedy już go nie ma słyszę właśnie od niej żale, że on nie przykładał się do wychowywania dzieci. A ja mu się wcale nie dziwię.

Co ciekawe, kobieta (chyba dotąd nie napisałem, że w zasadzie chodzi o sytuacje pomiędzy bardzo bliskimi sobie ludźmi przeciwnej płci) najczęściej w ogóle nie ma świadomości, że mówiąc lub robiąc coś - po prostu wdeptuje go w ziemię, zabija otwartość, chęć do zmiany właśnie tego aspektu ich wspólnego w końcu życia na lepsze. Moim zdaniem to proces nieodwracalny. Taki facet już wie, że ona go nie zrozumie nigdy. Może czasem, w błahych sprawach tak, ale w kwestiach naprawdę ważnych, które są w mężczyźnie naprawdę głęboko - trzeba być samotnym twardzielem i nie dzielić się swoim wnętrzem z nikim.

Smutne to wszystko, prawda?

Napisałem 3. grudnia 2004 o 15:04. Komentuj (6)

Zdziwiony

Właśnie. Trochę jestem zdziwiony. Oglądałem ogłoszenia delikatnie mówiąc erotyczne.

A teraz mała dygresja. Zawsze wydawało mi się, że faceci są o wiele bardziej nastawieni na seks, niż kobiety. Wspominam blogi chłopców i panów, którzy wybierają swoją płeć - zawsze wyglądało to na bezproblemowe "rwanie" i chęć robienia tego zawsze i z każdym. Natomiast panie szukały zawsze - nazwijmy to (choć to nieprawda) - sam nie wiem czego.

Wracając do ogłoszeń: jest znacznie więcej ilościowo ogłoszeń pań szukających panów, wcale niekoniecznie w celach zarobkowych a dla czystej przyjemności, niż panów szukających panów.

No dobrze. Uderzyło we mnie (osobiście, bo co kto myśli ogólnie o facetach - nie ma dla mnie znaczenia) stwierdzenie, że faceci to świnie. Uważam, że nigdy nie warto się użalać nad sobą, więc nie będę tego robił. Ale jednak muszę stwierdzić, że nie ma dymu bez ognia. Może to, że facet ogląda się za kobietami, że się na ich widok ślini, może brać się z tego, że on taki jest. Ale jeśli kobietę kocha, ale mimo to szuka wiadomych kontaktów w innych miejscach, to... niekoniecznie świadczy to dobrze o owej kobiecie.

A teraz najważniejsze, bo przez pryzmat właśnie tych słów należy czytać wszystko, co powyżej napisałem. Nikogo nie osądzam i nikogo nie usprawiedliwiam. Patrzę, obserwuję i wyciągam wnioski, które być może odpowiadają na pytanie dlaczego. Wniosków jawnie nie artykuuję, ale kto zechce - łatwo je odczyta między wierszami.

Napisałem 13. grudnia 2004 o 12:17. Komentuj (6)

To jak z tą wiernością?

No właśnie, jak to jest? Wiem doskonale, że wcale nie jest trudno zdradzić w takim sensie, że jak już podejmie się taką decyzję, to realizacja nie jest specjalnie trudna (pomijam oczywiście odpowiednie planowanie, żeby łagodnie "ominąć" ewentualne nieprzyjemne konsekwencje wpadki, czyli tego, "że się wyda"). Czasem podjęcie decyzji też nie jest specjalnie trudne, bo odbywa się to czasem w ramach oszołomienia alkoholem, tudzież urokiem osobistym potencjalnego łóżkowego partnera - generalnie jako "odruch chwili", w momencie, kiedy budzą się w nas hormony. Bywa też tak, że decyzja podejmowana jest po długim czasie zmagania się ze sobą i w końcu poddania się swoim wewnętrznym słabościom, instynktom, popędom.

To powyżej, to stona techniczna całego zagadnienia. A ma ono przecież jescze mnóstwo innych aspektów, na przykład moralny. Ale weźmy na przykład taką stronę medyczną. Niedawno z kolegą z pracy rozmawialiśmy o tym, że pójście z kims do łóżka, o kim w końcu nie wiemy nigdy wszystkiego, jest po prostu ryzykowne, bo można nabawić się różnych nieprzyjemnych dolegliwości, o takich poważnych już nie wspominając. Pewnie mało kto zastanawia się, że takim HIV można sie zarazić stosunkowo nietrudno, nawet stosując prezerwatywę, która powszechnie uważana jest za doskonałe antidotum na ten problem. A oprócz HIV jest przecież mnóstwo chorób groźniejszych, bo łatwiej się rozprzestrzeniających.

Napisałem 16. grudnia 2004 o 17:12. Komentuj (7)

Historycznie

Opowiem krótką historię o AW i o sobie. Nie historyjkę, bajeczne opowiadanie, tylko historię. Prawdziwą, z przeszłości.

Nie byliśmy już wtedy zakochani, całe zauroczenie, ostatnio poularnie nazywane motylki w brzuchu mieliśmy już za sobą. Mimo to niesamowicie dobrze nam było se sobą. Blisko, ciepło, czule. Pamiętam, że ktoś, kto najpierw nas dłuższy czas obserwował, stwierdził, że bardzo nas nawzajem ku sobie ciągnie. Życzył nam, żebyśmy zawsze tak siebie nawzajem potrzebowali, jak właśnie teraz to widać, bo było widać.

Dzisiaj jest inaczej. Pewnie tak samo potrzebujemy bliskości, ciepła i czułości, ale... Między nami stoi mur. Skąd się wziął? Kiedy i przez kogo został zbudowany? Nie wiem. Nie widziałem, jak powstawał. Wiem, że teraz jest i nie mam siły się przez niego przebijać. Łatwiej jest odwrócić się w drugą stronę i szukać innego źródła ciepła, czułości i bliskości.

Nie każde życzenia się spełniają. A może tylko trzeba odpowiednio długo czekać? Ten drugi wniosek jest zdecydowanie bardziej na miejscu w kontekście zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Te święta przypominają, że

jest Ktoś, kto kocha jak nikt


Napisałem 22. grudnia 2004 o 11:55. Komentuj (6)

Dwa świąteczne wieczory

Właśnie tyle świątecznych wieczorów spędziłem na rozmyślaniach. Samotnych rozmyślaniach. W łóżku, przed zaśnięciem.

Pierwszego wieczora przypomniałem sobie jeden pogrzeb. Na pogrzebie żona zmarłego - jak to żona, świerzo "upieczona" (wiem, że to wstrętne stwierdzenie) wdowa - kryła czerwone, zapłakane oczy za czarnymi okularami. Usłyszałem wtedy słowa, które jako jedyne kiedyś pomogły mi w sytuacji, kiedy sam kogoś straciłem, że duch idzie do Boga, a ciało idzie do ziemi. W pracy ten ktoś osiągnął sukces, którego wielu mu powinno zazdrościć. Mimo to był skromny. Był chyba szczęśliwym ojcem i mężem, choć któż to wie? Właśnie... Nad grobem ktoś mówił, że był jego przyjacielem, więc on powinien był wiedzieć. A jak było? Nie wiem. Cóż za różnica, co za pocieszenie bądź wprost przeciwnie? Przecież cudze zarówno szczęście, jak i nieszczęście dla nas samych nie znaczy nic, dopóki nie mamy w tym jakiegoś własnego udziału.

Zwykle kiedy myślę o podobnych sprawach, mam w głowie słowa więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie*. Ale tym razem nie było mi to wcale obojętne. Zastanawiałem się a co, jak się już jutro nie obudzę? To nie miało nic wspólnego ze strachem, z żalem i każdy łatwo zgadnie, że bez trudu obudziłem się (jeszcze nie widziałem pamiętników internetowych pisanych z zaświatów). Zadałem sobie pytanie kto i co powie nad moim grobem? Kiedy AW będzie płakać, kto stanie i nazwie mnie przyjacielem? Oprócz samego Boga nie znam takiej osoby, a On - jak wiadomo - nie przemawia zbyt często na takich zgromadzeniach, przynajmniej nie stojąc i pochylajac się nad grobem, mówiąc do mikrofonu, by każdy mógł to bez trudu usłyszeć.

Był też drugi wieczór. Ponieważ nikt mnie dobrze nie zna, to nikt też nie zna moich najskrytszych myśli. Jednak przyznam, że ostatnio krążyły one wokół braku zaspokojenia w dziedzinie seksu. Każda przeciętna kobieta teraz pomyśli kolejny erotoman a niektóre dodadzą jeszcze -gawędziarz. [Przy okazji: jeśli jesteś kobietą, czytasz to i tak właśnie pomyślałaś, a na dodatek masz mężczyznę, to jeśli tylko nie chcesz go stracić - zmień swoje myślenie jak najprędzej, bo założę się, że i o nim zdarza ci się myśleć podobnie.] Ze względu na wcześniej wspomnane niezaspokojenie, myślałem bardzo poważnie o wynajęciu kobiety, która zrobi co trzeba i zaraz po natychmiast zniknie. Tyle, że ja nie jestem w gorącej wodzie kąpany i zanim wynajmę, dowiaduję się o warunki. Nie tylko finansowe, ale każde inne. I co? Najpierw zadałem sobie pytanie Na ile to bezpieczne? [Teraz już wiadomo, skąd ta notka o zdradzie i jej "stronach" medycznych.] Otóż... KAŻDY kontakt seksualny z osobą zarażoną takim na przykład HIV, niezależnie czy w zabezpieczeniu, czy też nie - może zakończyć się zarażeniem. Nie tylko w przypadku czegoś, co dla mnie jest normalne, choć u innych uchodzi za poważną dewiację a myślę na przykład o seksie analnym. Również najbezpieczniejszy - wydawałoby się - seks oralny (wciąż nie wiem dlaczego przez niektórych odróżniany od miłości francuskiej, bo dla mnie jedno i drugie to to samo), nawet w zabezpieczeniu - nie jest pozbawiony ryzyka. Krótko mówiąc - taki sposób nie rozwiązuje problemu. Rozważałem też inny - romans, najchętniej z mężatką, bo takie mają zwykle tyle samo co ja do stracenia. Tyle, że tu ryzyko również występuje może mniejsze medycznie, ale za to kochanka zawsze zobowiązuje, wymaga czasu i... łatwo wychodzi na jaw. A przecież chcąc zrobić dobrze sobie, nie mam zamiaru zrobić źle AW.

Więc co pozostaje? Muszę zostać wierny. Za cenę niezaspokojenia (to najmniejszy problem, z którym można sobie własnoręcznie radzić), niezrozumienia, poczucia odrzucenia, poniżenia. Powiecie, że powinienem rozmawiać, starać się, pomagać w domu a ja najzwyczajniej mam już tego wszystkiego dosyć. Proszenia, błagania, poniżania się...

Podsumowując drugi wieczór - można żyć bez kobiety, będąc jednocześnie mężem kogoś wyposażonego w żeńskie hormony płciowe, z regularnymi miesiączkami, piersiami, pochwą, pośladkami, biodrami, rękami, brzuchem i wszystkim innym z czym tam komukolwiek kojarzy się kobieta. Z kimś, kto jest niby-kobietą, bo jest nią tylko od czasu do czasu, na tak zwany "krótki numerek".


* - Cyprian Kamil Norwid: Coś ty Atenom zrobił Sokratesie.

Napisałem 27. grudnia 2004 o 12:32. Komentuj (6)

Odpowiedzi dla Niej

Pamiętnik jest niejako z definicji monologiem do samego siebie. Tymczasem słowa poniżej kieruję nie do siebie, nie w bliżej nieokreślony eter, tylko właśnie do Niej. Kiedyś doskonale wiedziała, że o Nią chodzi, więc tym razem również mnie nie zawiedzie. Nie lubię publicznych choć intymnych rozmów, ale... na razie nie mam wyboru. To pewnie ten jeden, jedyny raz.

O tym, że są ludzie, których nie podejrzewam o... - wiem. Oni od pewnego momentu w życiu są zawsze, niezależnie od tego, co się wydarzy. Po prostu kiedyś postanowili być, podjęli taką decyzję i są. Nawet jeśli z pozoru daleko, w milczeniu, nie dając znaków życia. Szkoda tylko, że dając kawałek siebie, nie pozwalają tego kawałka jednocześnie wziąć...

Czy boję się, że AW mnie zdradzi? Bynajmniej. Nie traktuję jej jak swoją własność. Choć Stworzyciel mniej więcej właśnie tak to sobie obmyślił, żeby oddawać siebie jednemu człowiekowi, nie jest to dla mnie ani uzasadnienie jakichkolwiek roszczeń w związku z zaniechaniem, ani też gwarancja wyłączności kontraktu.Chociaż nie zgadzam się z Pitigrillim (nie znam szerszego kontekstu tego zdania, biorę je "jak jest"), to biorę zdradę pod uwagę, liczę się z taką możliwością.

Nie wiem, czy mogę autorytatywnie powiedzieć jak smakuje zdrada. Co prawda nie jest mi zupełnie obca, bo poznałem jej smak i z jednej, i z drugiej strony, ale na pewno nigdy się w niej nie rozsmakowałem, nie zanurzyłem się w niej. Nie znam powodów Twojego pytania. Jeśli chcesz, odpowiem na nie najlepiej, jak potrafię, najszczerzej, jednak na pewno nie tu.

Poruszyłaś też sprawę Deląga i innych - ponoć słodkich chłoptasiów. Cóż... Każdy ma swoje preferencje seksualne - ja również. Nigdy tu o nich otwarcie nie pisałem (może poza poprzednią notką), bo były i nadal są bez znaczenia (to nie pamiętnik erotyczny*) - przynajmniej te potencjalne, w sferze marzeń (nie fantazji). Skoro jednak zapytałaś, to krótko odpowiem. Teoretycznie - nie przeszkadzałoby mi ani to, ani znacznie więcej. Praktyki brak, więc brak również weryfikacji prawdziwości poprzedniego zdania.

Wciąż są: RB, MS, LA i KP, chociaż w świetle poprzedniej notki moje nastawienie do nich jest inne, niż poprzednio.

Dlaczego dziwi Cię problem niezrozumienia obu płci? Przecież to fakt, niestety... Chyba, że chodziło Ci o mój dziwny problem.


* - Nie prowadzę takiego, ale... lubię takie czytać. Jednak zdecydowanie wolę to robić niż o tym mówić.

Napisałem 31. grudnia 2004 o 11:56. Komentuj (0)