główna
przeczytaj
e-mail
księga
linki

Archiwum:
2019:7 6 5 4 3 2 1 
2018:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2017:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2016:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2015:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2014:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2013:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2012:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2011:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2010:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2009:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2008:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2007:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2006:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2005:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2004:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 


Rozszerzanie

Kiedy erekcja nie jest na zawołanie, szerszego znaczenia nabiera sfomułowanie "korzystać z okazji". Męski szowinista powie, że to kwestia partnerki. Będzie mięc rację. Częściowo.
Napisałem 1. grudnia 2009 o 03:53. Komentuj (1)

Każdy sobie

Wolę podróżować z kobietami. Mimo wszystko. Tym razem jednak los kazał inaczej. Za to miałem okazję przysłuchiwać się rozmowom kolegów. Generalnie faceci są bezgranicznie nudni. Dopiero kiedy chodzi o kobiety (bez nich istnienie świata byłoby co najmniej głupie), pojawia się jakikolwiek sens. Okazało się, że jeden z nieobecnych kolegów wyznał innemu, że mieszka ze swoją starą, ale z nią nie sypia.

Z moich ust nigdy nie padły takie słowa i nie chodzi o moją starą. Chodzi o nie sypia. Nawet nie chodzi o to, że nie nazywałem tak kilku miesięcy bez dotykania AW. Chodzi o to, że chyba wstydziłbym się przyznać przed kimkolwiek znajomym (na blogu pewnie jakoś bym to wyraził, choć nie wiem, czy ktokolwiek by zrozumiał), że... Pominę owo że co. Nie chcę się aż tak publicznie wywnętrzać. Zresztą to bez znaczenia dla wszystkich oprócz mnie a ja i tak wiem co teraz czuję.

Z drugiej strony myślałem, że to jak najbardziej możliwe, żeby wyznać nie sypiam z nią, choć nie wiem co musiałoby się stać wcześniej. Na pewno nastąpiłoby powiedzenie tego sobie nawzajem, tj. między mną a AW. Z mojego punktu widzenia dałoby mi to formalne (albo raczej moralne) prawo do nawiązywania kontaktów fizycznych w sposób nieomal dowolny, tj. z kimkolwiek zechcę, w jakiejkolwiek formie. Obecnie jeśli nawiązuję - robię to nielegalnie, niemoralnie. Ona za to nie nawiązuje (tak przynajmniej twierdzi a ja nie mam powodów jej nie wierzyć), ale specjalnie nie miałbym nic przeciwko, żeby nawet nie powiedzieć, że zachęcam ją czasem bezskutecznie.

Kiedyś mój największy problem - seks. Dzisiaj to żaden problem, choć oczywiście może się to zmienić błyskawicznie. Póki co jednak żyję w przekonaniu, że jeśli mnie "przyciśnie", nie będę mieć trudności z zakupem stosownych usług po cenach rynkowych bądź nawet powyżej rynkowych. Rynek to oczywiście nie to, o czym marzę, ale póki co jestem pogodzony z wewnętrznym przekonaniem, że marzenia w tej kwestii nie spełniają się.

Przy okazji myślę sobie, że nie jestem jedynym osobnikiem homo sapiens twierdzącym, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi. Za to żyję na tym świecie już wystarczająco długo żeby wiedzieć, że nawet jeśli znam całkiem nieźle nawet dziesięć kobiet myślących podobnie jak ja, to żadna z nich nie będzie dla mnie "do pary" w żadnym sensie. Każde z nas pozostanie w swoim własnym świecie niespełnionych marzeń, życzeń, westchnień, planów...

Napisałem 3. grudnia 2009 o 11:24. Komentuj (5)

Matka głupich

Nie mam pojęcia, skąd znów we mnie ta czułość. Nie wobec niej, bo na pewno nie zauważyła, nie poczuła. Wobec niej, bo ja wyraźnie poczułem, że coś we mnie takiego jednak jest. Mimo wszystko. Czy jest jakaś...?
Napisałem 7. grudnia 2009 o 09:32. Komentuj (0)

Pasja i dystans

Zacznę od pewnego stwierdzenia, które pewien znany mi (on zna mnie bardzo słabo, o ile w ogóle pamięta, więc nazwanie go znajomym byłoby niewątpliwie nadużyciem) mężczyzna wygłosił publicznie po podobno długim namyśle. W pewnym sensie jest to zaprzeczenie tego, w co wierzy większość ludzi, która ma za sobą znacznie więcej niż kilkanaście (nie mam nic przeciwko nastolatkom, czasem nawet zazdroszczę im pewnych rzeczy, jak np. naiwności i wiary w ideały) lat życia i patrzy na życie bez emocji. Większość takich zaawansowanych wiekiem potwierdzi, że w życiu najważniejsze jest zdrowie. Tymczasem wspomniany na początku o "inicjałach" AG twierdził i to całkiem logicznie uzasadniając, że ważniejsze jest szczęście*. Tyle tytułem wstępu.

Jak zwykle podróżując i obserwując ludzi właśnie w takich sytuacjach (w innych jestem tylko ja i ekran - może nie dosłownie, ale niewiele więcej się liczy) mogłem przekonać się, że hołubiona dotąd przeze mnie pasja, którą uważałem za motor radosnej twórczości, kreatywności, źródła spełnienia zawodowego, życiowego, może nawet w kontaktach międzyludzkich - wcale nie jest taka znowu, jak dotąd ją przeceniałem. Bo przeceniałem. Miałem okazje spotkać dwie męskie pary. Dwa razy po dwóch facetów, którzy zajęci byli w przedziale sprawami służbowymi. Najpierw byli jedni, potem drudzy. Nie siedzieli w przedziale w tym samym czasie, więc nie było między nimi interakcji ani interferencji.

Pierwszych dwóch "klupało" coś w niektórym znanym, przez innych lubianym, przez jeszcze innych może wywołujących inne emocje lub zupełny ich brak - Excellu. Wydawało się, że lubią to, co robią. Może i tak faktycznie było. Widać było, że jest w nich pasja. Zgrzyt pojawił się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że coś w tym ich wspaniałym "modelu" jest nie tak i winą za to można było obarczyć kogoś nieobecnego. Wtedy świat przestał był nagle być taki wspaniały a nieszczęsny nieobecny współpracownik był nazywany "debilem", "durniem", "idiotą". Można powiedzieć, że to kwestia kultury osobistej. Tak, jednemu z nich wyraźnie jej brakowało, więc ucieszyłem się, kiedy wysiedli. Jednak brakowało im obu czegoś jeszcze, o czym już wspomniałem w tytule - dystansu. Dystansu do samych siebie, do swojej pracy, do współpracowników, do czegoś, co każdy nazywa po swojemu lub twierdzi, że tego nie ma a chodzi o "los", "przypadek" lub coś w tym rodzaju.

Było też drugich dwóch. Również współpracownicy i jak poprzednio co najmniej koledzy. Na przyjaciół nie wyglądali, bo nie stwierdziłem w ich rozmowie obecności tematów pozazawodowych. Pierwsze, co mnie nieomal ubodło, to ich uśmiechy, z pozoru głupkowate dowcipy, radość z niczego - ogólnie optymizm bijący z każdego zdania, słowa, ruchu, gestu. Niepoprawni, "uchachani" optymiści. Nie zauważyłem, żeby o czymś śmieli pomyśleć "nie da się". Uderzający był opis konfrontacji jednego z nich z kimś, kto twierdził, że "się nie uda". Ich odpowiedź była zawsze taka sama - "myli się pan". Nie ze złością, jak zarzuty tamtego. Z uśmiechem, dystansem do jego złości, ale myślę, że również do samego siebie. Jeśli się nie uda, to trudno, ale jeśli się jednak uda? Zawsze warto spróbować.

Jak większość myli się co do zdrowia (w aspekcie szczęścia), tak i ja myliłem się w kwestii pasji. W aspekcie dystansu oczywiście. A może chodzi o optymizm? Może o coś jeszcze innego?

* - szczęście rozumiane nie jako szczęśliwość, błogość, czy spełnienie, ale jako synonim farta, fuksa, przypadkowego korzystnego zbiegu okoliczności, wsparcia z nieba itp.

Napisałem 10. grudnia 2009 o 08:29. Komentuj (1)

Świąteczna atmosfera i parę zaległych myśli

Każdy ten zlepek słów kojarzy sobie jakoś. Jedni dobrze, pozytywnie, wspaniale. Inni smutno, przygnębiająco, do niczego. Nie należą do żadnej z tych grup. Korzystając jednak z tego, że ktoś ową atmosferę próbuje "wywołać", mogłem mimo nawrotu kontuzji połazić po mroźnym Rynku. W kwestii grzanego wina - mogłem je tylko powąchać. Wróciły wspomnienia sprzed kilku lat wstecz. Patrząc na tamten czas dzisiaj - chwile beztroski.

TG z każdym rokiem jest coraz starsza. Zastanawiam się, czy właśnie te święta nie będą ostatnimi, które spędzimy razem tu, przed spotkaniem w wieczności.

Ostatnio myślałem, że moi rodzice sprawili, że moje dzieciństwo było beztroskie i szczęśliwe. To, że teraz jest inaczej, że mi się "nie udaje" - zawdzięczam samemu sobie. W jakimś z horoskopów przeczytałem: czego nie dotknie, to spieprzy.

Bywa, że zauważam, że kobiety nieomal rozpływają się mówiąc o jakimś tam mężczyźnie. Że jest wspaniały, że zachwyca, że podnieca, że dla niego zrobiłyby wszystko. No, co najmniej się zapomniały, bo w majtkach kisiel... Nie koniecznie mowa o jakimś znanym aktorze, choć często. Zastanawiając się nad sobą stwierdziłem, że nie spotkałem w życiu kobiety, która byłaby w stanie obudzić we mnie samcze instynkty. Moje samcze wnętrze poruszyła tylko pewna Ania, żona piłkarza. Nikt inny nie burzy mojego poukładania.

Napisałem 21. grudnia 2009 o 09:49. Komentuj (6)

Ciąża poza...

Żadna nowość. Podobno jest ich dziesięć procent. Tylko nie wiem, czy chodzi o te jawne (o których wszyscy wiedzą), czy w ogóle, czy może jeszcze jakoś inaczej. (No i jak tu wierzyć statystykom?) Poza tym co innego wiedzieć, że coś ma gdzieś miejsce a co innego widzieć "z bliska", być zaangażowanym, mieć do czynienia.

Skąd się bierze? Z miłości? A może z jej braku? Z nudy, braku wrażeń, braku wyobraźni, ignorancji, braku szczęścia, braku odpowiedzialności, braku zainteresowania, braku czułości? A może zupełnie odwrotnie? Z ciekawości, olbrzymiej fantazji, poczucia wolności i swobody, farta, odpowiedzialności, narzucania się, poczucia bliskości? Zapewne prymitywnie upraszczam licząc, że da się to wyrazić słowami.

Ostatnio mam osobiście do czynienia z wieloma takimi sytuacjami. Ciekawe jak skończy się ta, o której dowiedziałem się wczoraj. Dla "dziecka w drodze" oczywiście, bo nie jest z nim wesoło. Czy na koniec zostanie coś więcej niż "pył bitewny tych lat gniewnych"*?

* - Baczyński oczywiście.

Napisałem 30. grudnia 2009 o 10:04. Komentuj (11)