główna
przeczytaj
e-mail
księga
linki

Archiwum:
2019:7 6 5 4 3 2 1 
2018:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2017:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2016:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2015:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2014:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2013:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2012:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2011:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2010:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2009:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2008:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2007:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2006:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2005:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2004:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 


Wieczór dla siebie

Właśnie dzisiejszy wieczór w duzej mierze spędzę sam. Po prostu mam parę spraw do zrobienia i tak się składa, że musi się to zrobić w odosobnieniu, z daleka od domu. Już wczoraj, kiedy o tym wiedziałem, myślałem o telefonie do jakiejś sympatycznej, młodej kobietki, która mogłaby zająć chwileczkę mojego wieczoru.

Z drugiej strony od jakiegoś czasu LA usiłuje się ze mną umówić pierwszy raz a ja się wykręcam mówiąc, że nie wiem co będzie dalej, że się obawiam, że coś zaiskrzy... W sumie to rzeczywiście się tego troszeszkę obawiam, chociaż tak na wygląd (widziałem zdjęcia), to ona nie jest w moim typie, no i przede wszystkim nie jest odpowiednio młoda, a właśnie taka powinna być moja kochanka. Więc po co się spotykać? Mam zamiar wykręcać się tak długo, jak się da, a jak już się zgodzę, to wtedy, kiedy ona będzie gotowa na dokładnie wszystko, co zechcę - tak jak to było z GW. W końcu ryzykuję wcale niemało, więc sam muszę dostać odpowiednio dużo.

Faceci są jednak wstrętni. Ale czy tylko oni?
-----
i znów za piątek jeden punkt

Napisałem 1. marca 2004 o 17:18. Komentuj (2)

Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi...

...mama i tata chudzi i grubi...

Była kiedyś taka piosenka. Słowa Agnieszki Osieckiej. Tak jakoś myślę o tym. Może przyczynił się do tego on? Ale jakie to ma znaczenie, czy ktoś mnie lubi, czy nie? Student psychologii powiedziałby, że olbrzymie, bo każdy potrzebuje akceptacji. Tak samo jest ze mną. Nawet to, że tu cokolwiek piszę, wynika w gruncie rzeczy właśnie z tego, że potrzebuję akceptacji. Po prostu kiedyś stwierdziłem, że muszę coś ze sobą zrobić i "przy okazji" powywnętrzać się trochę. Podkreślenie jest jak najbardziej celowe i istotne, bo tylko trochę się wywnętrzam; na tyle, żebym kiedyś na podstawie tych zapisów był w stanie przypomnieć sobie stan mojej duszy a nie koniecznie doszedł prawdy czy wyraził siebie w całości. Chcę kiedyś wiedzieć skąd szedłem.

Teraz na przykład zastanawiam się, czy to ważne, że są tu moje myśli a nie tak zwana obiektywna prawda o mnie. Bo to, że piszę o młodej kochance wcale nie oznacza, że jak to właśnie czytasz, jesteś młodą kobietą, koniecznie ponętną i chętną na takiego rodzaju przygody z żonatym facetem, zaawansowanym wiekiem (a jednak się nie wydam jak bardzo zaawansowanym, bo w sumie nie aż tak bardzo, ale jeśli jesteś dla mnie odpowiednio młoda, to ja jestem dla ciebie odpowiednio stary), to zaraz się z tobą spotkam i będę dążył do tzw. "zamknięcia", czyli wyuzdanego kontaktu fizycznego. Po prostu czasem o tym myślę i chyba nie jestem w tym myśleniu odosobniony.

Ale wracając do tzw. meritum: nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi. Oczywiste jest, że nie zmienię całego świata swoimi własnymi rękami, czy poprzez jego krytykowanie, bądź nazywanie złych rzeczy złymi a dobrych dobrymi. Każda zmiana, jaką mogę zainicjować, zaczyna się zawsze we mnie, nigdy inaczej. Żeby zmienić świat, sam muszę być osobowością. Wystarczy spojrzeć na historię, żeby to zrozumieć. Tak samo jest z lubieniem mnie i z wieloma innymi sprawami. Muszę mieć w sobie to "coś", co sprawia, że jestem lubiany. A skąd mieć to "coś"? Muszę być kimś.

Tylko co to znaczy być kimś? Na pewno nie znaczy mieć dużo pieniędzy, dużo znajomych, dużo pleców, koneksji, szczęścia, dobrą pracę, piękną żonę, mądre i zdrowe dzieci, co najmniej 180cm wzrostu, drogą furę... Właśnie z tego, czy jestem kimś wynika to, co widać. Bo prawdziwy ja mieszka przecież gdzieś głębiej i tak na pierwszy rzut oka wcale go nie widać.

Tak, tak... Nie widać mnie. Widać tylko to, co chcę pokazać i na dodatek tak, jak chcę pokazać. Mimo iż mam świadomość, że ktoś to czyta (w sumie sam ustawiłem tak ten pamiętnik), to jednak może to zrozumieć tylko ktoś, kto mnie świetnie zna. Zawsze tak jest, że aby zrozumieć autora, trzeba go świetnie znać. No, ewentualnie odczuwać tak samo, jak autor. Ale to potrafi jak na razie tylko MS, a przynajmniej nie znam nikogo oprócz niej, no i oczywiście mnie samego.

Napisałem 2. marca 2004 o 14:42. Komentuj (3)

Wiara. Kolejny wpływ

Miało być o jednej rzeczy a będzie chyba o trzech. Przynajmniej tak sobie teraz o tym myślę. Miało być o wierze, w wyniku tej notki, więc będzie po pierwsze o wierze. Po drugie będzie o wpływie, zależności. Po trzecie... no właśnie. Będzie "po trzecie"? Zobaczymy.

Zdarza się, że czytuję blogi. Mam ku temu swoje powody. Bywa też, że komentuję, ale nie o to w tej chwili chodzi. Zwróciłem ostatnio uwagę na skromne słowo wiara. Pewnie każdemu różnie się kojarzy i różne myśli pojawiają sie w różnych głowach, kiedy ucho bądź oko odbierze ten właśnie bodziec - słowo wiara. Można wierzyć komuś (że na przykład mówi prawdę), można wierzyć w coś (że na przykład tak się zdarzyło), można wierzyć w kogoś (na przykład w boga). Tak się niestety źle (moim zdaniem oczywiście) składa, że słowo wiara nie koniecznie rozumiane jest należycie. Stąd na przykład nieporozumienia w dyskusjach z materialistami, którzy mówią, że ci, którzy w boga wierzą, to wierzą, a oni nie wierzą w nic i że ich przekonanie o wyjaśnialności zjawisk nie jest wiarą. Czasem wiarę traktuje się jak nadzieję, czyli chęć żeby coś konkretnego miało miejsce, bądź było faktem - takie sobie chciejstwo.

Tymczasem wiara jest pewnością tego, czego się spodziewamy, przeświadczeniem o tym, czego nie widzimy. No i co z tego? Ano nic. Po prostu jak w coś wierzę, to będę to miał wcześniej czy później. Jak wierzę, że ten świat należy do mnie, to choć nic na to nie wskazuje, to tak właśnie będzie i już. Jak wierzę, że moją kochanką będzie młoda, piękna kobieta, to znaczy, że ona już teraz gdzieś jest i po prostu na mnie czeka. Gdyby przypadkiem zdarzyło się, że ktoś to jednak czyta, to pozwolę sobie na pytanie: A w co TY wierzysz?

Przyszedł czas na "po drugie", czyli na parę słów o zależności. Niezaprzeczalny jest fakt, że każdy jest kowalem swojego losu. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. Tyle tylko, że nie jesteśmy na świecie sami. Nawet ten mój "dyżurny" temat kochanki wygląda tak, że ode mnie zależy czy ona w ogóle będzie, jaka będzie, kim będzie... Tyle tylko, że koniec końców wreszcie potrzebuję jej. Bez konkretnego człowieka wyposażonego tak, jak kobieta wyposażona być powinna, całe moje "kowalstwo" na nic się nie zda i będzie po prostu śmieszne. Zastanawiam się nawet, czy da się w życiu cokolwiek zrobić będąc niezależnym i raczej skłaniam się ku temu, że bez innych w ogóle by nas nie było.

A jaki z tego morał? Powinienem teraz otrzymać od samego siebie reprymendę, że izoluję się, że chowam się w swoim własnym świecie, że nikogo do niego nie dopuszczam. Tyle, że nic z tego dalej nie wynika. Nie wiem, jak podejść do innego człowieka i po prostu odezwać się do niego, zagadać. Zawsze wtedy zadaję sobie pytanie po co to? Przecież nikt mnie nie potrzebuje...

Nie ma "po trzecie". Niech wygląda, że jest smutno, choć jest dokładnie odwrotnie.

Napisałem 3. marca 2004 o 14:10. Komentuj (3)

...nie zmieni...

Jesteś przyjacielem mym
i zawsze będziesz nim,
i nigdy się to nie zmieni...


Niewiele jest na tym świecie rzeczy, którymi nie da się wstrząsnąć. A po wstrząsie zostaje pył i nic poza tym. Niedawno MP miała wypadek i cudem go przeżyła. Naprawdę niewiele trzeba, żeby wszystko zamieniło się w nic.

Szukam tego, czym nie da się wstrząsnąć, co po wstrząsie pozostanie niezmienne. Stąd ten cytat na górze. A przy okazji korzystam z każdej chwili na tyle, na ile potrafię. Chwili, która właśnie trwa nie będę mógł nigdy powtórzyć.

Napisałem 4. marca 2004 o 12:52. Komentuj (4)

Ja już taki jestem, ja już taka jestem

Wielokrotnie słyszę te słowa. Takie zdania chyba jako jedne z niewielu potrafią mnie w mgnieniu oka doprowadzić do szału. Do złości. Do furii.

Znów będę w sumie "wałkował" ten sam temat, czyli co mogę ja a co zależy od innych. Znów z powodu innych ludzi, ich słów, myśli, notek, postaw...

Pierwszą i niestety najważniejszą dla mnie osobą, która nagminnie używa do dzisiaj tych słów jest moja mama. Wielkim cudem jest więc to, że nie "odziedziczyłem" po niej właśnie tego zdania. A może po prostu we właściwym momencie spotkałem w życiu właściwych ludzi, co uchroniło mnie przed tym niechcianym przeze mnie dziedzictwem? Ktoś może powie, że skoro to taki wielki cud, to musiał to być Bóg. Nie powiem, że było inaczej, ale niech ten ktoś powie mi wtedy ile razy słyszał, jak mówi do niego Bóg (to mnie wcale nie zaskoczy), a potem niech powie, ale tak szczerze, ile razy Go posłuchał (jak będzie tego trochę, to naprawdę mocno się zdziwię).

Często słyszę słowa nic mi się nigdy nie udaje albo wszystko, czego dotknę, obraca się w proch. Stwierdzeń tego typu i im podobnych jest całe mnóstwo, trudno je nawet cytować ze względu na olbrzymią ilość. Ale mają jedną cechę wspólną: zabijają nadzieję, szansę na zmianę, na poprawę, możliwość wyjścia z sytuacji, wiarę w możliwość naprawy.

Doskonale rozumiem takie myśli i takie słowa. Chociaż tak na nie teraz grzmię, to sam wiele razy byłem w takiej sytuacji, kiedy może nie koniecznie coś takiego głośno mówiłem, jednak wyrażałem taką postawę całym sobą. Przykład? Zdradziłem żonę. Dlaczego? Bo miałem w środku wewnętrzne przekonanie, że w moim małżeństwie pewne rzeczy nie udadzą mi się, że nigdy nie będą miały miejsca, że nie znajdę satysfakcji, że brak miłości, że ginę, że nie można już nic zmienić. A na dodatek ja tego wszystkiego potrzebuję. I co? Po prostu bzdury. Otóż zawsze można to, w co się wierzy. Ale jeśli wierzę, że i tak się nie uda, to co się stanie? Cuda się oczywiście zdarzają, ale nie chciałbym, żeby zdarzały się przypadkiem, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Wolę takie cuda, które mają miejsce, bo ktoś czasem może pół swojego życia (i wcale nie nastoletniego - nikogo nie obrażając, ale mówiąc o olbrzymiej ilości czasu) poświęcił na to, żeby coś się nie tylko raz zdarzyło, ale żeby miało miejsce na każde zawołanie.

Co więc robić? Swego rodzaju przykładem, nie pod każdym względem, ale jako wzór konsekwencji, niech będzie znany chyba wszystkim, choć może nie przez wszystkich lubiany, ceniony i podziwiany pan Jacek Kuroń. Od razu zastrzegę się, że najprawdopodobniej nie podzielam jego poglądów (w sumie nie wiem, bo się tym nie zajmuję i nie interesuję) na większość spraw, ale to, na co chciałem zwrócić uwagę, to jego konsekwencja. Skończył siedemdziesiąt lat i zwrócono w pewnej gazecie uwagę na jego "dochowanie wierności własnym poglądom (...) W czasach koniunkturalizmu i wyprzedawania idei za ułamek procenta w sondażach wyborczych"*.

Nie chodzi mi o bycie głupio upartym, ale o konsekwencję w dążeniu do celów, które każdy przecież ma. O pamiętanie o nich właśnie wtedy, kiedy się nie udaje. A jak ktoś chcąc się usprawiedliwić mówi ja już taki jestem, to sam się skazuje na niepowodzenie.

Jeśli ktoś mi powie, że to wszystko bzdura, to niech da mi coś w zamian. Rozumiem, że to z zewnątrz może wyglądać jak teoretyczne dywagacje, bez związku z prawdziwym życiem, ale nikt oprócz mnie nie wie, jak jest naprawdę. Dopóki nie spróbuje sam i to nie przez jeden dzień, ale znacznie, znacznie dłużej.

------------------
* Puls Biznesu z 4 marca 2004, nr 45 (1541)

Napisałem 5. marca 2004 o 10:31. Komentuj (3)

A jeśli jest inaczej?

Mniej więcej takie pytanie zadałaś (tak, tak, oczywiście chodzi o Ciebie), więc spróbuję się z nim zmierzyć. Na pewno nie odpowiedzieć, bo nie na każde pytanie odpowiedź istnieje a nawet jeśli, to nie koniecznie ktokolwiek ją zna.

Więc co, jeśli ta cała konsekwencja, dążenie do celu, pewność siebie i nastawienie na osiągnięcie zamierzeń spaliły na panewce? Albo może być i tak, że Bóg może nie istnieć? Wiele razy próbował ze mną na podobne tematy dyskutować mój były szef DG - ateista. Pytał mnie wtedy "co zrobisz, jak ktoś ci udowodni, że Boga nie ma?" Dziwił się, że wcale nie próbuję mu na to pytanie odpowiedzieć i że nie biorę w ogóle takiej ewentualności pod uwagę. Wierzę, czyli jestem przekonany, że nikt nigdy czegoś takiego nie udowodni, podobnie jak trudno będzie wykazać nieprawdziwość zasady siania i zbierania, czyli tego, co sprawia, że jeśli wszystko wkładamy w poruszanie się w swoim życiu w jednym kierunku, to nie dotrzemy zupełnie gdzie indziej. Przypadek istnienia Boga jest może bardziej filozoficznym od wytrwałego dążenia do celu, ale i jeden, i drugi to nie coś, co podlega dyskusji, co można podważyć. To coś, czym nie da się wstrząsnąć, przynajmniej dopóki istnieje świat. A jeśli tak, to po co zastanawiać się nad tym?

Warto natomiast zastanowić się nad sobą i dowiedzieć się, co nam w duszy gra. Czy niełatwo dowiedzieć się, czego oczekujemy? Może i tak, ale nasze oczekiwania to nie my. My to nasze marzenia. Te najczystsze, najpiękniejsze, najśmielsze, najdoskonalsze. One sprawiają, że stawiamy sobie w życiu cele, czyli określamy miejsca, do których chcemy dotrzeć realizując marzenia. Oczekiwania natomiast służą kontrolowaniu na bieżąco, czy nie idziemy w złą stronę, czy "chwilowe efekty" są takie, jak przewidywane. Jeśli okaże się, że mamy niezgodność oczekiwań z efektami, to albo na początku źle postawiliśmy kryteria oceny (bo należało oczekiwać czegoś innego), albo idziemy w złą stronę (zły jest sposób, w jaki postanowiliśmy osiągnąć nasz cel i trzeba go zmienić, albo nie działamy tak, jak postanowiliśmy). Tak czy siak - niezgodność z oczekiwaniami jest sygnałem, że coś trzeba zmienić albo w nas, albo w sposobie działania. W żadnym razie nie oznacza, że mamy problem z naszymi marzeniami, czy nasze cele są niewłaściwe.

Teraz mogę chyba sobie pozwolić na refleksję. Co prawda to mój pamiętnik (na końcu znajdzie się wątek kronikarski), ale dzisiaj szczególne prawa ma w nim największa seksistka we Wrocławiu. W gruncie rzeczy komentarz wcale nie dotyczył tego co będzie, kiedy okaże się, że jest inaczej niż nam się wydaje. Chodziło o satysfakcję, szczęście i zadowolenie, których nie zapewnią najżelaźniejsza (jest takie słowo? jak nie, to proponuję "najtwardsza") dyscyplina, konsekwencja, planowanie, silny charakter, wsparcie rodziny czy znajomych. Nie zapewnią, bo są tylko narzędziami w naszych rękach, sposobem działania, technologią. Jeśli ktoś wykonał coś materialnego w życiu własnymi rękami, to niech przyrówna je do narzędzi, które brał do ręki i do sposobu ich używania. Dla cieśli będzie to piła do cięcia czy hebel do wyrównywania, dla kowala młot do uderzania, kowadło jako podstawa, miech do zapewniania wysokiej temperatury. To wszystko samo w sobie jest nieskuteczne, jeśli nie ma odpowiedniego wzoru, który chcemy wykorzystać. Jeśli ten wzór to nie marzenia, nie pochodzi z głębi serca, to na nic technologia konsekwentnego dążenia do celu. Nie wystarczy fachowo walić młotem w najlepszej jakości stal, żeby wykuć najpiękniejszy płot. Trzeba go widzieć zanim wzięło się cokolwiek do ręki.

I jeszcze komentarz do komentarza. Nie jestem zwolennikiem rezygnacji, bo kojarzy się z ucieczką, odsuwaniem się, ustępowaniem. Zdecydowanie wolę określać kierunek i zmierzać w jego stronę. Pewnie, że to trudniejsze, ale czy ktoś kiedyś komuś obiecał, że będzie łatwo? Ja sobie nie przypominam...

--------------------
W sobotę pożegnał ten świat ktoś z mojej rodziny, wczoraj byłem na pogrzebie. Znów wróciły do mnie myśli na temat cierpienia, bólu, żalu, ale tylko na chwilę. Jeśli spojrzeć na jego życie, to miał je wyjątkowo trudne, pełne cierpienia, często na własne życzenie. Ale coś po sobie zostawił: wspomnienie o swoim wielkimsercu.

Napisałem 10. marca 2004 o 15:04. Komentuj (1)

Tęsknię za latem

Na pewno takich notek wiele już napisano. Wiele z nich powstanie w najbliższym czasie lub właśnie powstaje. Choć na razie zimno, to jednak kiedyś przyjdzie wiosna i w każdym samcu obudzi się instynkt łowcy. A na dodatek zwierzyna też coraz atrakcyjniejsza, bo pozbawiona większości okryć wierzchnich...

Co tu dużo gadać - tęsknię za wiosną, ciepłem, roznegliżowanymi ciałami. A jeszcze bardziej tęsknię za latem, choć jeszcze dłużej trzeba na nie czekać. Lato to urlop, wakacje, ciepłe morze i ja w nim - całkiem nago. To niesamowite uczucie być pozbawionym wszystkiego i oddać się porywom fal, obejmujących z każdej strony każdy kawałeczek ciała. A potem wyjść na brzeg i oddać się słońcu. Woda i słońce to wspaniałe kochanki, cudownie pieszczą ciało, choć - trzeba przyznać - nie są najmłodsze. Przyznam, że lubię też wielokąty, w których pojawia się wiatr - on pieści najdelikatniej i najzwiewniej.

Skąd u mnie taki dobry nastrój, chociaż statystyka ani drgnie? Wieczorem odwiedza mnie EJ - sympatyczna dziewiętnastolatka.

Napisałem 12. marca 2004 o 12:40. Komentuj (1)

Kiedy ktoś zawodzi...

Bardzo poważnie to brzmi. A chodzi o rzecz prozaiczną: o niespełnianie oczekiwań, jakie w kimś pokładamy. Z jakichś powodów (wyobrażenia o kimś, własne interesy i całe mnóstwo innych) oczekujemy, że ten ktoś w sytuacji takiej zrobi właśnie tak a nie inaczej. Pół biedy, jeśli tym kimś jest Minister Infrastruktury (dla przykładu) a my nie mamy nic wspólnego z pociągami, samochodami, samolotami czy statkami... Gorzej, jeśli oczekujemy czegoś po własnej żonie, mężu, rodzicach. W moim przypadku dobrym przykładem będzie żona - AW, ale to tylko przykład.

Można powiedzieć, że skoro ona nie jest taka, jak być według mnie powinna, to ją mam prawo obciążać tym, że chodzę sfrustrowany, ślinię się na widok większości kobiet, umawiam się na randki z nieznajomymi i wkładam im ręce do majtek, kiedy tylko zauważę, że nie będą specjalnie protestować. W końcu i one mają swoje potrzeby, więc taka obca ręka jest zawsze przyjemniejsza niż własna. Gdyby dodać do tego jeszcze, że staram się wtedy jak najwięcej dać... może nie dodawajmy - nie będę się nazywał dobrym kochankiem, bo może jest inaczej, choć co innego słyszę z relacji "naocznych świadków"?

Ale czy to AW jest wszystkiemu winna? Nie lubi w łóżku tego, co ja lubię. A może raczej nigdy nie lubiła, a mi to nigdy nie przeszkadzało a teraz zaczęło? Nie lubi spotykać się ze znajomymi, więc ich nie mamy, a ja za tym tęsknię. Ale jak dotąd nie przeszkadzało mi to. Nie chce, żeby wydawać pieniądze na drobne, codzienne sprawy, bo ich szkoda i lepiej kupić coś porządnego, do domu. Ale sam też zawsze wolałem pieniądze mieć niż wydawać. Okazuje się, że przez te kilkanaście lat naszego małżeństwa (tak, tak, to już tyle) miałem mnóstwo okazji, żeby coś z tym wszystkim zrobić, żeby dzisiaj było inaczej. I co? Szczerze mówiąc nie myślałem nigdy, że będę kiedykolwiek tego chciał. Sądziłem, że łóżko nie jest aż tak ważne, jak wydaje mi sie teraz (a uważam, że jest w tej chwili dla mnie najważniejsze i mam gdzieś co pomyśli sobie o mnie ktokolwiek, kto to czyta. Jak ci się nie podoba, że jestem takim wstrętnym samcem, to po pierwsze nic o mnie nie wiesz i nie masz pojęcia, co się we mnie w środku dzieje a po drugie chyba niewiele wiesz o mężczyznach i o tym jak kochają - nie nie mam na myśli seksu ale miłość), kiedy brak namiętności i wszystko jest równie pociągające jak mycie naczyń. Nie sprawiało mi przyjemności bycie z kimś jeszcze, ale teraz widzę, że jestem zamknięty w sobie i trudno mi się z tego cieszyć a jeszcze trudniej dopuścić kogoś na tyle blisko, żeby mógł dotknąć mojego serca. A pieniądze? Wciąż ich brak, ale odczuwam, że mogłem w życiu kupić za nie wiele dobrych rzeczy, których niestety już kupić nie można...

To taka moja refleksja nad samym sobą. Nierozerwalnie związana z AW, bo ona jest przecież częścią mnie i tak powinno zostać na zawsze. Ale to jednak MOJA refleksja i nad MOIMI decyzjami, i nad MOIM życiem... Czy mogę ją winić za to, że mnie zawiodła? Że okazała się inną niż bym tego właśnie teraz oczekiwał? Gdyby próbować jej bronić, możnaby stwierdzić, że przecież tyle lat była tą właściwą, odpowiednią, wymarzoną. Ale ona nie potrzebuje obrony, bo dla mnie jest bez winy. Może w swoich oczach będzie uważała, że mogła być inna, ale to nie mój problem.

Moim problemem jestem ja sam. Tak jest zawsze, kiedy ktoś zawodzi...

---------------------
Do statystyki: punkt za wczoraj.

Napisałem 15. marca 2004 o 13:34. Komentuj (2)

Tak łatwo, tak trudno

Tak łatwo jest coś zburzyć. Podejść i jednym ruchem ręki czy nogi zmieść, zgnieść, zdusić, zabić. Na przykład podejść na ulicy do kobiety sprzedającej swoje ciało i kupić je na jeden wieczór, zabijając w sobie resztki wierności, zaufanie i uczciwość.

Tak trudno jest coś zbudować, podnieść z ruin związek, który zabrnął w ślepą uliczkę, z której nawet nie chce się wychodzić, tylko czeka się, aż wszystko umrze.

Dlaczego wszystko dąży do zagłady? Dlaczego stoję i patrzę?

Napisałem 19. marca 2004 o 16:52. Komentuj (1)

Jakiś taki optymizm...

MS jest od dzisiaj na szkoleniu. Żeby mogła tam pojechać, potrzebowała pomocy. Z przyjemnością jej pomogłem, bo chcę dla niej jak najlepiej. Liczę na to, że po szkoleniu będzie mogła zmienić pracę na lepszą. Lepszą, czyli z większymi perspektywami rozwoju zawodowego i lepiej płatną. Chciałbym żeby jej się udało, bo to nie jakaś słodka idiotka, która liczy, że wystarczy tylko być w życiu piękną. Ona potrafi spiąć się, pochylić głowę i zrobić coś, co w życiu zrobić trzeba, chociaż dla niej to nieprzyjemne czy wręcz poniżające. Właśnie dlatego postanowiłem jej pomóc. Wiem, że warto w nią zainwestować.

Ale nie z tego powodu czuję nagły i niespodziewany napływ optymizmu. Może się to wydawać głupie, ale bierze się on z prześlicznego widoku za oknem, z coraz wyższej średniej temperatury powietrza, z powiewu wiosny (nieważne, że bardzo delikatnego i ledwie wyczuwalnego). I wcale nie chodzi o tą perspektywę pojawienia się na ulicach półnagich kobiet, pokazujących co tylko wypada pokazać i jeszcze trochę. Nie chodzi o ich kuszące stroje, ruchy i uśmiechy. Po prostu lubię ciepło i słońce. No dobrze - będę szczery: lubię sobie również popatrzeć, ale kto nie lubi? Co prawda nie gwiżdżę na kobiety na ulicy, bo wychowano mnie w przekonaniu, że to nie całkiem grzeczne, ale skądinąd wiem, że one to jednak lubią, więc może pora zmienić swoje złe przyzwyczajenia?

--------------------
Statystyka: jeden punkt za czwartek i pół za sobotę

Napisałem 22. marca 2004 o 12:18. Komentuj (0)

Mam wybór

Jest coś we mnie. Czasem nazywam to robakiem, który wyżera moje wnętrze i sprawia, że przychodzą do mojej głowy myśli, jakie wcześniej tam nie gościły. Innym razem jest to wewnętrzne przekonanie, że potrzebuję w sobie zmiany, bo dotychczasowe życie może i było satysfakcjonujące, ale w tej chwili przestaje. Może nie przestaje być satysfakcjonujące w tak zastraszajacym tempie, jak powiedzmy pół roku temu, może tempo wzrostu dyskomfortu opadło, ale wciąż odczuwam jego wzrost.

Tyle, że zmiana to również koszty. Wcale nie finanse, ale coś zupełnie innego. Kosztem będzie w jakimś sensie sprzeniewierzenie się czemuś, co kiedyś mogłem nazwać ideałem, ideą, zasadą życiową. A ponieważ to wszystko było moje, mocno ze mną zrośnięte, więc to trochę tak, jakbym sprzeniewierzał się samemu sobie. Dlatego decyzja o postawieniu nogi nad przepaścią nie jest łatwa, bo nie da się jej odwrócić. Podobnie jak nie można cofnąć tego, co się już zrobiło - to się po prostu stało a czas się nie cofnie i drugiej szansy na tą samą decyzję już nie będzie. Na przykład nigdy nie powiem, że nie mam dzieci, bo BW jest moim synem (co prawda niedawno dostałem reklamę testów genetycznych i jakiś czas zastanawiałem się, czy je zrobić, ale jednak zrezygnowałem). Nigdy też nie będę mógł spojrzeć AW w oczy i zgodnie z prawdą powiedzieć, że zawsze byłem jej wierny. Może i ona ma ten sam problem, ale ten problem nie jest mój tylko jej.

Pewnie teraz wyglądam na jakiegoś pokręconego faceta, co to nie wie co ze sobą zrobić. Otóż to wcale nie tak. Wśród znajomych, rodziny, na ulicy, w sklepie, w pracy - jestem najnormalniejszym mężczyzną i nic nie wskazuje na to, co krąży w mojej głowie. Nie dzielę się tym tak naprawdę z nikim. Nawet RB, z którą mogę sobie pozwlić na pełną szczerość, której nie przeraziłoby pewnie to, że zostawiam wszystko i zaczynam od nowa całe życie, w zupełnie innym stylu. Myślę, że nikt nie jest w stanie być w mojej skórze i w jakiś sposób współodczuwać moje życie. Za to wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy mogą odegrać w moim życiu ważną rolę. Mogę od nich wiele otrzymać i pewnie tyle samo dać. Może nawet więcej? Nie wiem, nie nad tym się teraz zastanawiam. Jest wielu ludzi, którzy mogą swoje życie dzielić ze mną - wcale nie koniecznie zaraz ze mną mieszkając czy spędzając czas w tym samym łóżku, choć i tacy ludzie po tej planecie chodzą. Dzielić ze mną życie, czyli w jakimś sensie stać się dla mnie kimś bliskim i pozwolić sobie, że ja będę dla nich kimś bliskim. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy potrzebuje bliskości, akceptacji, dawania siebie i brania kogoś innego.

Ale może już dosyć tych filozofii, teorii i tym podobnych mdłych słów. Zadam sobie wreszcie to jedno pytanie, na które i tak pewnie nie znajdę odpowiedzi.

Czy warto zmienić się w kogoś, kim nigdy się nie chciało być tylko po to, żeby osiągnąć swój cel?

Pytanie nie byłoby specjalnie trudne, gdyby nie chodziło o zmianę siebie, czyli zasad, poglądów, zachowań. Ale nie tylko, bo również przekonań, może nawet boga... Gdyby można było zostać kimś, kogo da się lubić? A nie kimś, na myśl o kim czuje się dreszcze i wcale nie z podniecenia. Czy zostać zimnym draniem?

Napisałem 24. marca 2004 o 13:48. Komentuj (1)

Filar

Ten filar - to ja. Dla kilku osób właśnie taką rolę pełnię. Wspieram, podejmuję decyzje, pomagam, zgadzam się, jestem kimś ważnym i potrzebnym...

Wczoraj zastanawiałem się co by było, gdybym nagle zniknął. Nie stąd, bo to oczywiste, że tu nikt by mnie nie żałował i nikomu by mnie nie brakowało. Jednak jest na świecie kilka osób, którym nie byłoby obojętne, że mnie nie ma. To "nie byłoby obojętne" przyjmuje różną intensywność: od po prostu braku, bo fajnie się czasem gadało, poprzez ulgę, bo nie byłem miłym kompanem, do najskrajniejszych, gdzie oznaczałoby to życiową tragedię. Nie ukrywam, że właśnie ten ostatni przypadek inetersuje mnie najbardziej. Dlaczego? Jest kilka powodów.

Dlatego, że na codzień brak nam świadomości naszej wartości wobec innych. Tymczasem są na świecie ludzie, których życie tak bardzo zależy od nas, że mogą o nim powiedzieć, że ich życie jest tak ściśle związane z innym, że stanowi jedną całość. Nagły brak tego kogoś oznacza zawalenie się wszystkiego: całego świata, zaufania we własne siły, wiary nie tylko w dobrą, ale jakąkolwiek przyszłość.

Dlatego, że w mojej głowie pojawiają się czasami myśli, żeby rzucić wszystko i zacząć życie od nowa. W nowym miejscu na ziemi, z nowym zawodem, z nowym stylem ubierania się, z innymi poglądami na świat, z innymi życiowymi priorytetami, z inną kobietą, innymi znajomymi, inną pracą.

Dlatego, że nie odczuwam czegoś podobnego, co odczuwają inni wobec mnie. Nie przychodzi mi na myśl żadna osoba, bez której nie wyobrażałbym sobie życia. Pewnie to dziwne, że nie uważam za niezbędnych w swoim życiu osób takich jak moja żona AW czy syn BW. Jednak wiem, że każdy może być zastąpiony kimś innym. Bardzo brutalnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Nie przeczy to jednocześnie temu, że każdy człowiek jest jedyny w swoim rodzaju i ma tylko swoją, z góry określoną rolę do odegrania i jeśli czegoś nie zrobi właśnie on, to nie zrobi tego nikt inny pod słońcem.

Żeby było jasne - te kilka osób, o których w jakiś sposób była mowa, nie wie nawet o istnienu mojego pamiętnika i nie planuję, aby się dowiedziało. Więc jeśli właśnie to czytasz i myślisz sobie "to ja" - najprawdopodobniej mylisz się.

Napisałem 30. marca 2004 o 15:58. Komentuj (0)