główna
przeczytaj
e-mail
księga
linki

Archiwum:
2019:7 6 5 4 3 2 1 
2018:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2017:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2016:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2015:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2014:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2013:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2012:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2011:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2010:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2009:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2008:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2007:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2006:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2005:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 
2004:12 11 10 9 8 7 6 5 4 3 2 1 


Wiem, wiem...

Jestem tutaj coraz rzadziej. Czyżby mniej działo się w moim życiu? Czyżby? A jednak nie. Tyle, że to, o czym pisałem wcześniej, na początku, nie jest już takie nawarstwione, nie jest nowe, spowszedniało. Prawie zapomniałem o tym wieczorze z GW...

W sumie ona sprawiła, że w jakimś sensie zostałem wyleczony z mojej choroby. Po prostu dowiedziałem się, że pewne rzeczy bardzo łatwo zrobić i... no właśnie i co dalej? Coś, co wcześniej wydawało się imperatywem, teraz wcale takie nie jest. Tyle, że teraz jest właśnie teraz, a wtedy obecne teraz nie było przecież znane. Wygląda na to, że nie jest łatwo słuchać innych i uczyć się na ich błędach. Czasem nawet nie warto, bo trzeba pewne nawet oczywiste sprawy przeżyć, poczuć je w sobie, w środku. Nie myśleć o nich jakby to mogło być, ale po prostu poczuć to gorąco, dreszczyk emocji, może trochę strachu i zakłopotania, potem wyrzuty, żeby wreszcie to wszystko na końcu... spowszedniało, albo poszło w zapomnienie.

Każdy, kto przeżywa coś w sobie, czy jeszcze lepiej z kimś innym - zmienia się. Ulega wpływom - dobrym lub złym - i tak powinno być. Dzisiaj zastanawiam się nad swoim życiem, chociaż chyba nie mam potrzeby analizowania swojego stanu, moich osiągnięć, samodoceniania się, bo przecież nie jestem wcale takim banalnym osobnikiem. Raczej przyglądam się zmianom, które zachodzą we mnie, w moim systemie wartości, w moim nastawieniu do siebie i innych, w zachowaniu... Powoli, niby niezauważalnie, ale z dnia na dzień staję się kimś innym. Coraz dalszym od AW, coraz bliższym dla MS...

Jest we mnie brak. Nie będę na to ogłaszał kolejnego konkursu, bo tym razem nagród nie będzie dla nikogo, ale można również się domyślić, o co mi chodzi. Co prawda zwyciężczyni ostatniego konkursu próbowała kiedyś otrzymać nagrodę, którą mogłoby być zwycięstwo w tym, którego właśnie nie ogłaszam, ale wiem, że celowo próbowała w sposób niewłaściwy. Chyba akurat ona wcale nie chciałby właśnie takiej nagrody.

Powiem szczerze, że poczułem właśnie teraz, że jednak trochę przeszkadza mi to, że jestem tu tak publicznie, otwarcie. Jakbym nie był gotów na wyrażenie siebie, na wyrzucenie z siebie tego wszystkiego. A niby właśnie po to zacząłem pisać pamiętnik, żeby został on nawet wtedy, kiedy to co w nim jest zapisane, zakończyło już w mojej głowie swoje życie. Tak samo, jak praktycznie przestały dla mnie istnieć MP, GL, AG. Pamiętam co prawda, że kiedyś były, ale teraz są już bez praktycznego znaczenia, choć miło je czasem wspomnieć i uśmiechnąć się do samego siebie.

Nawet tutaj, w zupełnie anonimowym miejscu (wiem, że faktycznie takie nie jest i możliwe byłoby odnalezienie mnie, ale nie przez przeciętnego, czytającego to człowieka - bo i niby po co? - czy też rozpoznanie mnie przez bliskie mi osoby) są sprawy, które zostawiam dla siebie. Dlaczego? Może nie chcę bulwersować, straszyć itd? Może ktoś pomyśli, że kreuję się na kogoś innego, kim w gruncie rzeczy nie jestem?

Otóż... słowa mają w sobie moc. Raz wypowiedziane muszą wykonać jakieś zadanie, muszą odnieść jakiś skutek. A ja wiem, że to, co bym powiedział, wywołałoby tylko negatywne skutki. To dlatego w pewnych sprawach milczę. Ale czy właśnie tak jest do końca? Nie. Wiem, że można mnie odgadnąć, zajrzeć wgłąb serca i duszy.

Tak, tak, ja też mam serce i duszę, chociaż czasem staram się to ukrywać. Prawda jest taka, że staram się ukrywać właśnie to.

Napisałem 7. maja 2004 o 16:41. Komentuj (2)

Serce i dusza

To atrybuty człowieka, chociaż może nie zgodzą się ze mną wyznawcy materializmu. Gdybym je ukrywał, postępowałbym nierozsądnie. Jednak prawdą jest, że usiłuję ukryć głębokie zranienie jednego i drugiego, bo kogo w gruncie rzeczy obchodzi, że ktoś taki a taki nie obszedł się ze mną tak, jak należało? Może nawet zupełnie nieświadomie, bo ustne deklaracje daleko odbiegają od rzeczywistości? Po prostu takie jest życie i nie warto skupiać się na ich ciemnych stronach, tylko szukać rozwiązań. Tylko czemu brak mi na to odwagi?

Od wczoraj wiem jak czuje się człowiek wykorzystany seksualnie. Mam to za sobą i stwierdzam, że można z tym żyć. Teraz zapewne będzie mi łatwiej występować w roli wykorzystującego, więc... lepiej się do mnie nie zbliżać. No, chyba że naprawdę lubisz mocne wrażenia, ale najpierw pomyśl, czy aż tak bardzo?

---------------
Satystyka: punkt, lecz tym razem nie dla mnie :(

Napisałem 10. maja 2004 o 14:17. Komentuj (4)

Oko za oko, ząb za ząb

Każdy w naszym podobno katolickim kraju zna te słowa, chociaż znane są one dzięki kiedyś nawet bardziej niż teraz tępionym właśnie w takim kraju Żydom... Ta zasada jest aż wręcz do bólu bezwzględna, ale jej niewątpliwą zaletą jest jej prostota. A co ja na to?

Zacznę od tego, że zostałem posądzony o jej wyznawanie a raczej praktykowanie. Nie będę się wypowiadał czy słusznie, czy też wprost przeciwnie. Może to będzie z mojej strony stwierdzenie przewrotne, próba wymigania się od odpowiedzi, ale... w sumie nikt nie postawił jasno pytania, więc mogę sobie pozwolić na wszystko.

Zacznijmy więc tą przewrotną grę od stwierdzenia, że nie znam nikogo, kto byłby idealny. Dlatego byłoby objawem ponadprzeciętnej pychy uważać siebie za tak wyjątkowego, że aż pozbawionego cechy, w którą wyposażeni są inni przedstawiciele ludzkiego rodzaju - wad. Nie będę się teraz rozwodził nad tym, skąd owe wady wynikają i jakie są ich konsekwencje - oczywistą sprawą jest to, że każdy człowiek je posiada i takie stwierdzenie mnie w tej chwili - w sensie wyrażenia tego, co mam do powiedzenia - zadowala.

Po tym wielce odkrywczym stwierdzeniu dodam, że oprócz tytułowej zasady, znam jeszcze wiele innych. Jakoś nie mogę się w głowie "opędzić" od dwóch z nich, o których można dyskutować, czy pochodzą ze źródeł religijnych, ale właśnie w nich zostały one na pewno opisane. Obie zasady są natury "rolniczej", czyli traktują o sprawach pozornie oczywistych, bo obserwowalnych praktycznie codziennie gołym okiem. Co prawda obok ich oczywistości stoi niewątpliwie z punktu widzenia naukowego tajemnica (wiem, wiem, naukowcy może nie aż tak bardzo jak materialiści poobrażają się teraz, bo przecież wszystko jest poznawalne i to tylko kwestia czasu), bo rzecz dotyczy życia, może jego powstawania a już na pewno rozwoju, ale ja chciałbym odwołać się do tych oczywistości.

Pierwsza w naszych czasach często wyrażana jest filuternie słowami gruszki na wierzbie. A oryginał brzmi Niech się zazieleni ziemia zieloną trawą, wydającą nasienie i drzewem owocowym, rodzącym według rodzaju swego owoc, w którym jest jego nasienie na ziemi *. Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, że jak ktoś podejmuje kroki zmierzajace w określonym kierunku, stara się o coś, to raczej należy się spodziewać, że właśnie w tą stronę będzie zdążał a efekty przynajmniej w dłuższym czasie będą zgodne z jego zamierzeniami.

Do tego dodam drugą zasadę, która mówi, że nie ustaną siew i żniwo **. Wcale nie chodzi o agrokulturę, albo raczej wyłącznie takie pojmowanie tego stwierdzenia jest uproszczeniem do poziomu nieakceptowalnego. Tym, co można siać jest miłość, nienawiść, dobra czy zła postawa, przyjaźń, przywiązanie, profesjonalizm, również wartości materialne... praktycznie wszystko, co reprezentuje nas na codzień, co każdego dnia, w każdej chwili wypływa z każdego z nas. Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy - nie mamy możliwości przestać siać. Nikt z nas nie może tak po prostu przestać wywierać samym sobą wpływu na otaczający go świat i dla przykładu nie wystarczy zawziąć się i powiedzieć do siebie ja będę inny niż moi rodzice. Trzeba wykorzenić to, co złego w nas zasiali i w to miejsce zasiać coś innego, bo w jaki sposób nagle mielibyśmy stać się inni? Życie zmusza nas w każdej chwili do bycia i wtedy jesteśmy, choć nie koniecznie tacy, jak byśmy sobie tego życzyli w teorii.

A teraz zakończenie, stanowiące uwieńczenie tych pseudorozważań. Czy warto być wobec tego mściwym czy myśleć o sobie samym? Czy warto zachować cokolwiek dla siebie? Skoro odpłacone zostanie nam tym samym, to przecież warto pozbyć się wszystkiego - taka odpowiedź w świetle powyższych słów jest oczywista. Tylko ja nikogo tak postępującego nie spotkałem...

N I K O G O ! ! !

----------------
* - Biblia, Księga Rodzaju 1,11
** - Biblia, Księga Rodzaju 8,22

Napisałem 12. maja 2004 o 14:21. Komentuj (3)

Lubię dziewczyny z Rudy Śląskiej

Dlaczego? Bo kiedy jadę pociągiem, to one stoją obok trasy jego przejazdu, podnoszą do góry bluzki i pokazują to, co tam mają. Właśnie za to je lubię. Zastanawiam się tylko, czy tylko one tak potrafią i mam nadzieję, że nie. A może one wcale nie są z Rudy Śląskiej i były tam tylko "gościnnie"?

---------------------
Statystyka: kolejny punkt - piątkowy. Punktów nazbierało się tyle, że należy się za nie... czekolada:)

Napisałem 18. maja 2004 o 12:10. Komentuj (0)

Niespodziewany wyjazd

Trochę stresu, trochę formalności, mnóstwo niewiadomych. No i sam wyjazd też w nieznane. Teoretycznie każdy nasz poważny krok kierujemy w nieznaną nam stronę, ale teraz to jest takie namacalne, tak prawdziwe...
Napisałem 20. maja 2004 o 11:05. Komentuj (4)

Powrót

W sumie nie był to znowu taki szmat czasu, ale szmat drogi na pewno. Nie napiszę gdzie byłem, bo to w sumie bez znaczenia. Dość na tym, że w innym kraju, w innej kulturze, na dodatek w mieście wyjątkowym nawet dla kraju, w którym się znajduje. I co? I nic. Dokładnie nic. Żadnego wrażenia stamtąd. Tam za to smutek i tęsknota. Za AW, BW i... MS. Więc na pocieszenie były SMSy, telefony, alkohol, lokalne rozrywki, ale nic nie pomagało. Najgorsze jest to, że po powrocie też nie widzę żadnych zmian na lepsze.

Wiele osób na moim miejscu cieszyłoby sie z takiego wyjazdu, ale ja jestem w nastroju nostalgicznym. Wciąż tęskniąc sam nie wiem za czym. Chciałbym czegoś innego, ale sam nie wiem czego. Może rzeczywiście tego potrzebuję, a może powinienem znów nauczyć się cieszyć z tego, co mam? Bo mam naprawdę wiele.

Napisałem 31. maja 2004 o 18:49. Komentuj (5)